Poczytaj z nami!... czyli krótkie opowiadania dla ducha


Gdzie mieszka Bóg?

"Gdzie mieszka Bóg?" – tym pytaniem rabin z Kocka zaskoczył uczonych mężczyzn, którzy byli u niego w gościnie.
Śmiali się z niego. "Co powiecie? Skoro cały świat jest pełen Jego chwały!".
Ale na swoje pytanie sam musiał odpowiedzieć:
"Bóg zamieszkuje tam, gdzie się Mu pozwoli wejść."


Pasterz

Był sobie człowiek, którego niebo duszy pokrywały ciemne chmury. Nie potrafił wierzyć w dobroć i miłość Boga. Pewnego dnia, błądząc po wzgórzach otaczających jego wioskę, nieustannie dręczony swymi mrocznymi wątpliwościami, spotkał pasterza. Pasterz był sympatycznym człowiekiem o bystrym spojrzeniu. Zauważył, że nieznajomy wygląda na wyjątkowo zrozpaczonego i zapytał go:
"Przyjacielu, co cię tak bardzo gnębi?".
"Czuję się niesamowicie samotny".
"Ja też jestem sam, ale wcale nie jestem smutny".
"Bo może Bóg jest ci towarzyszem...".
"Zgadłeś".
"A mnie Bóg nie towarzyszy. Nie potrafię wierzyć w Jego miłość. Jak to możliwe, że kocha każdego człowieka z osobna? Jak to możliwe, że i mnie kocha?".
"Widzisz tam w dali naszą wioskę - zapytał pasterz. - Czy widzisz wszystkie domy? Czy widzisz okna wszystkich domów?".
"Widzę to wszystko".
"A zatem nie powinieneś rozpaczać. Jest tylko jedno słońce, ale codziennie zagląda do każdego okna w mieście, nawet tego najmniejszego i najbardziej ukrytego. Może rozpaczasz dlatego, że twoje okno jest zamknięte?".

Bruno Ferrero z tomu Gwiazdy są widoczne nocą


Nie martwcie się więc o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie martwić się będzie. Dosyć ma dzień każdy swojej biedy.
Mt 6,34

Neurotyczny zegarek

Dawno temu był sobie piękny zegar, który królował na eleganckiej komodzie i z entuzjazmem wykonywał swoją pracę. Jak każdy dobry zegar, miał serce, które wybijało dwa uderzenia na sekundę: "Tik-tak, tik-tak...". I tak od dnia, w którym zegar opuścił pracownię jednego z najlepszych zegarmistrzów w mieście. Wiódł spokojne Zycie do momentu, kiedy to do jego mózgu z lśniących trybików wkradła się wątpliwość, niczym ziarenko zabójczego pyłku. "Dwa uderzenia na sekundę oznacza sto dwadzieścia uderzeń na minutę, siedem tysięcy dwieście uderzeń na godzinę, sto siedemdziesiąt dwa tysiące osiemset uderzeń dziennie, milion dwieście dziewięć tysięcy sześćset uderzeń tygodniowo, sześćdziesiąt dwa miliony osiemset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy osiemset uderzeń rocznie...". Delikatne trybiki zegara żałośnie zaskrzypiały. "Sześćdziesiąt dwa miliony osiemset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy osiemset uderzeń rocznie! To niemożliwe. Nie dam rady!" Wkrótce wątpliwość zmieniła się w panikę, a następnie w głęboką depresję. Wreszcie pewnego dnia zegar, pełen niepokoju umówiła się na spotkanie u najlepszego w mieście psychozegarmistrza. "Na czym polega twój problem?" - uprzejmie zapytała doktor. "Och, panie doktorze - ubolewał zegar - powierzono mi ogromne zadanie, wyraźnie przerastające moje siły. Muszę wydawać dwa uderzenia na sekundę, czyli sto sto dwadzieścia uderzeń na minutę, siedem tysięcy dwieście uderzeń na godzinę, sto siedemdziesiąt dwa tysiące osiemset uderzeń dziennie, milion dwieście dziewięć tysięcy sześćset uderzeń tygodniowo, sześćdziesiąt dwa miliony osiemset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy osiemset uderzeń rocznie! I to przez wiele lat! Nie daję rady." "Chwileczkę! - przerwał psychiatra - ile uderzeń musisz wykonywać jednocześnie?" "Jednio tik, potem tak, kolejne tik, i tak dalej" "Przepisuję ci następującą kurację: wracaj do domu, uspokój się i myśl tylko o jednym, kolejnym tyknięciu; skup się na tym tik i ciesz się nim. Za każdym razem jednym: nie martw się o następne! Jak myślisz, dasz radę?". "Jednio tik i jedno tak! Na pewno!" - odpowiedział zegar. Wrócił do domu i już nigdy się nie martwił.


Misza

Misza był pluszowym niedźwiadkiem. Miał stopy z czerwonego aksamitu, dwa guziki od botków służyły mu za oczy, a jego nos został zrobiony z kłębuszka wełny. Był własnością kapryśnej dziewczynki, która czasami obsypywała go pieszczotami, a czasem ze złością rzucała na podłogę, szarpiąc go za delikatne płócienne uszy. W tej sytuacji pewnego pięknego dnia Misza podjął najważniejsza decyzję swojego życia: ucieknie. Wykorzystał zamieszanie dni poprzedzających Boże Narodzenie, przecisnął się przez drzwi i wyszedł na wolność. Szedł po śniegu, stukając obcasami, szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Wszędzie odkrywał wspaniale rzeczy: drzewa, owady, ptaki, gwiazdy. Misza przecierał oczy; wszystko było niewiarygodnie piękne.

Nadszedł wieczór Wigilii Bożego Narodzenia. Kiedy to wszystkie stworzenia powinny zrobić coś dobrego. Misza usłyszał dzwonki sanek. To renifer ciągnął sanie wyładowane paczkami zapakowanymi w kolorowy papier. Renifer zauważył misia, zatrzymał się i bardzo uprzejmie wyjaśnił, ze zastępuje Świętego Mikołaja, który jest bardzo stary i źle się czuje, a przy całym tym śniegu nie może już chodzić pieszo. Renifer zaprosił Misze do sań.

I tak Misza zaczął objeżdżać miasta i wioski w czarodziejskich saniach Świętego Mikołaja. To właśnie on wkładał do każdego komina jakąś zabawkę czy inny przygotowany na tę okazję prezent. Świetnie się bawił i był zadowolony. Czy kiedykolwiek przeżyłby taką noc, gdyby pozostał małą, mądrą zabawką? Ale oto przybyli do ostatniego domu: ubogiej chatki na skraju lasu. Misza włożył łapkę do wielkiego worka, szukała i szukała nic już tam nie zostało!
"Reniferze, Reniferze. Twój worek jest pusty!"
"Ojej" - jęknął Renifer.

W chatce mieszkał chory chłopiec. Czy ma zastać swoje buciki puste, kiedy obudzi się nazajutrz rano?.Renifer spojrzał na Misze przenikliwym wzrokiem. A Misza westchnął, jednym spojrzeniem objął pola, po których samotne wędrówki zdążył polubić i podniósłszy się, łapa za łapą, raz dwa, raz dwa wszedł do chatki, wsunął się do jednego z bucików czekał do rana, aby spełnić swój dobry Bożonarodzeniowy uczynek. (Bruno Ferrero z tomu Gwiazdy są widoczne nocą)


"Czym byłbym bez ciebie, gdybyś mi nie przyszła z pomocą?
Czym byłbym bez ciebie, jak nie uśpionym w lesie sercem?
Jak nie zatrzymana na tarczy zegara godziną?
Czym byłbym bez ciebie, jak nie tylko bełkotem?/Aragon/

Motyl

Helenka była dziewczynką trochę roztargnioną. Jej ulubionym schronieniem był położony niedaleko miasteczka las. Bardzo lubiła po nim chodzić. Pewnego dnia podczas wędrówki zobaczyła motyla zaplątanego w krzak jeżyn. Z wielką troską, zwracając bacznie uwagę, aby nie zniszczyć jego wspaniałych skrzydeł, pomogła mu się uwolnić. Motyl uniósł się na chwilę, po czym zawrócił i zamieniła się w prześliczną wróżkę. Helenka ze zdumienia otworzyła usta, gdyż dotąd widywała wróżki tylko w książkach dla dzieci. "W podziękowaniu za twoją uprzejmość - powiedziała wróżka - spełnię twoje największe pragnienie". Zupełnie tak, jak wróżki mówią w książkach... Dziewczynka przez chwile się zastanawiała, po czym powiedziała: "Chciałabym być szczęśliwa". Wtedy wróżka pochyliła się nad nią, szepnęła jej coś do ucha i znikła. Helenka wyrosła na szczęśliwą kobietę a całym miasteczku nie było nikogo szczęśliwszego od niej. Kiedy pytaną ją o tajemnicę jej radości uśmiechała się tylko i mówiła: "Skorzystałam z rady pewnej dobrej wróżki". Mijały lata, Helena zestarzała się, ale była najłagodniejszą i najszczęśliwszą staruszką w miasteczku. Sąsiedzi, a także wnuki obawiali się, ze bajeczna tajemnica szczęścia może umrzeć wraz z nią. "Wyjaw nam, co powiedziała wróżka" - prosili. W końcu, uśmiechając się, urocza staruszka odpowiedziała: "Powiedziała mi, że choć wydają się pewni siebie, to jednak ja jestem im potrzebna!"/Bruno Ferrero. Opowiadania z tomu: Gwiazdy są widoczne nocą/